niedziela, 10 lutego 2013

4. New job in a new life.


Co można zrobić, gdy spotka się osobę, która udaje przyjaciela? Która chce być przy Tobie tylko dlatego, że ktoś jej kazał? Ktoś kogo nigdy nie widziałaś ani o nim nie słyszałaś? Co wtedy ma począć taka osoba?! Nic, ponieważ o tym nie wie, żyjąc w świecie, gdzie wszystko wydaje się proste i łatwe, a problemy uciekają przed nią.

                Spojrzałam w okno i próbowałam policzyć do dziesięciu by tętno się uspokoiło, a serce wróciło na normalny tryb bicia. Niestety, nie doszłam nawet do liczby pięć, gdy poczułam czyjś oddech za sobą. Obróciłam się i poczułam jak wiatr otula moją twarz, a po chwili wstępują na nią różowe plamki w postaci rumieńców.
Ashton. Patrzał mi w oczy ze swoim łobuzerskim uśmiechem. Obdarzył mnie już nim trzeci raz, a dopiero znam go niecałe dwadzieścia minut.
Znam go” to za dużo powiedziane. Chłopak najprościej w świecie udaje boga i wszystko co robi jest święte. Jedyne co go łączy ze świętością i bóstwem to wygląd przypominający jednego z ateńskich bogów. Oczy głęboko usadzone z długimi rzęsami, które przysłaniały chłód jego szarych gałek. Jego policzki, gdzie widniał kilkudniowy zarost oraz one. Usta. Gdy je złączał były jak linia, wąskie i nie było widać koloru, ale gdy zamieniał tą „linię” w uśmiech, sprawiał, że wokół oczu pojawiały się kreseczki od nadmiernego wykorzystywania uśmiechu jako wizytówki. I tak. Jego uśmiech był wizytówką, którą powinien oglądać cały świat za pomocą reklamy pasty do zębów. Biel jego uśmiechu raziła i powalała na kolana.
- Co się patrzysz? – burknął, poruszając przy tym zabawnie brwiami.
- Zastanawiam się jak taki pajac może pomagać tak cudownej osobie jaką jest pani Caroline. – odpowiedziałam na zaczepkę i wróciłam do rozpakowywania zakupów.
Wyjmowałam jogurty, masło, szynkę i ser, ale również mleko, soki pomarańczowe i jabłka. Jestem ciekawa jak taka osoba jak pani William mogła unieść tak ciężkie torby.
- Oh.. – jego twarz na ponów ułożyła się w minę „jestem bogiem i ty to wiesz, kochana”. – A ja przed chwilą usłyszałem, że jestem przystojny.
- Uszy trzeba czasami wyczyścić, a nie liczyć na to, że jak jest się ładnym to samo się tak stanie. – odpowiedziałam, a po chwili zdałam sobie sprawę, że nazwałam go „ładnym”.
- Mówiłem Ci jak bardzo lubię w Tobie to, że w ogóle nie myślisz nad tym co mówisz? – zaśmiał się melodyjnie i potrząsnął głową, sprawiając, że blond grzywa zasłoniła mu prawe oko.
- Mówiłam Ci, że nie mam zamiaru z Tobą rozmawiać? A tak w ogóle… Co Ty wiesz o mnie, co? – zapytałam i przeszłam szybkim krokiem koło Niego, szturchając go w ramie.
- Niewiele, ale niedługo sama mi odpowiesz. – krzyknął, kiedy ja już wychodziłam z kuchni.
Szybko obróciłam się na pięcie i spojrzałam na jego umięśnione plecy przyozdobione w granatowy T-shirt.
- Ja Tobie nic nie powiem… Idiota. – mruknęłam i poszłam do pani Caroline, która siedziała w salonie i podpalała w kominku.
- Znów słyszałem idiotko. – odkrzyknął tak głośno, że pani Caroline się żachnęła.
- Do kogo to było? – zapytała się wstając od dużego promienia w kominku.
W pokoju pojawiło się światło i sprawiło, że rozniósł się przyjemny powiew ciepła.
- Chyba do mnie. – uśmiechnęłam się krzywo.
- Ah, młodzież w dzisiejszych czasach potrafi wymyślać takie określenia, że brakuje słów. – powiedziała, opierając się na lasce.
- Niech pani się tym nie przejmuje. – uśmiechnęłam się do kobiety. – To co mogę zrobić na śniadanie?
- Ja obiecałam, że przygotuje, więc dotrzymam słowa, dobrze? – odwzajemniła uśmiech i przeprosiła mnie, wychodząc z pokoju do kuchni.
Podążyłam za nią, lecz obawiałam się, że po drodze spotkam Ashtona. Nigdzie go nie było, dopóki nie usłyszałam dźwięku kosiarki na dworze. Zadowolona weszłam do kuchni i usiadłam przy stole.
- Kochaniutka… - usłyszałam od pani William, więc natychmiastowo spojrzałam na kobietę.
- Tak? – zapytałam wstając.
- Nie, nie… Siedź! Po prostu chciałam się spytać czy nie miałabyś ochoty potowarzyszyć mi w dzisiejszej wędrówce na bazarek. – uśmiechnęła się.
- Ależ oczywiście! – zadowolona usiadłam ponownie i spojrzałam na nią. – Jakieś konkretne zakupy?
- Nie, ale co tydzień w sobotę odwiedzam ten malutki rynek i kupuję świeże warzywa oraz owoce. – powiedziała i zaczęła rozbijać jajka.
- Dostanę tam ubrania? – zapytałam niepewnie.
- No pewnie! Kiedy jeszcze Marcus żył, chodziliśmy tam w święta i kupowaliśmy sobie nowe ubrania, więc na pewno znajdziesz coś dla siebie. – powiedziała i zauważyłam, że wzruszyła się na myśl o swoim mężu.
- Byli państwo wzorowym małżeństwem, prawda? – uśmiechnęłam się.
- Nie, ale kochaliśmy się i wszystko co robiliśmy, robiliśmy razem i dla siebie. Kłóciliśmy się o błahostki, potrafiliśmy spać na oddzielnych łóżkach. Nawet na innych piętrach! – krzyknęła pani William. – Ale na dugi dzień jedliśmy śniadanie pod wspólnym kocem, spoglądając na kominek i nie odzywając się. Byliśmy dla siebie, a nie dla kogoś. Potrzebowaliśmy siebie. – uśmiechnęła się do mnie i zaczęła nakładać mi jajecznice na talerz.
- Małżeństwo aż do śmierci, do ostatniego dnia i oddechu. – powiedziałam cicho. – Przepiękne są takie związki, które są ze sobą nie dlatego, że ktoś zmusza cię do tego, ale tylko dlatego, że pragnie się swojego dotyku i czucia oddechu, który sprawia, że drży serce. – uśmiechnęłam się do pani.
- Pięknie powiedziane, skarbie. – powiedziała i usiadła naprzeciwko mnie. – Ah! Może chcesz soku?
- Ja podam! – wstałam od stołu. – Gdzie pani ma kubki? – zapytałam, chwytając za karton soku z lodówki.
- Nad zlewem. – mruknęła.
Otworzyłam szafkę i wyciągnęłam przeźroczyste szklanki, a po chwili napełniłam je pomarańczowym napojem. Podałam jedną pani, a druga położyłam naprzeciw.
- Smacznego. – powiedziałam i chwyciłam za widelec.
- Na zdrowie. – odpowiedziała i zaczęła zajadać się przysmakiem.
Nie rozmawiałyśmy już wiele. Gdy skończyłyśmy jeść, umyłam talerze i postanowiłam, że pójdę się ubrać, ponieważ za chwilę wraz z panią Caroline miałam wyjść z domu. Wyjść do ludzi. Przebywać w końcu między nimi, a nie w czterech ścianach, bez żywej duszy.
- Kochaniutka.. – usłyszałam, gdy wspinałam się po schodach do pokoju.
Obróciłam się i zobaczyłam panią William siedzącą na bujanym fotelu przy oknie z Thomasem na rękach. Wyglądała bezbronnie, a jednocześnie tak ślinie i władczo.
- Tak? Coś się stało? – zapytałam się i zeszłam dwa schodki niżej.
- Nie, skądże znowu. – zaśmiała się. – Chciałam tylko powiedzieć, że za dwadzieścia minut wyjdziemy z domu, bo nam ryneczek zamkną, a tego nie chcemy chyba?
- Jasne, że nie! Za chwilkę wrócę. – pobiegłam do góry, ale w międzyczasie usłyszałam dźwięczny śmiech pani Caroline.
Wbiegłam do pokoju i opanował mnie strach. Co ja powinnam założyć? Co zrobić by nie wyglądać inaczej od reszty? Podeszłam do lustra i zdałam sobie sprawę, że nadal mam na sobie stare ubrania w których przyleciałam do Londynu. Za duże jasne jeansy, fioletową bluzę ADIDASA. Wyglądałam jak wyciągnięta z innego świata. A moja twarz i włosy? Zachciało mi się płakać, gdy zobaczyłam, że buzię mam w małych czerwonych plamkach na policzkach i na czole, a moje brązowe włosy były związane w wysokiego koka na czubku głowy. Nie wytrzymałam… Popłakałam się i opadłam na łóżko z bezsilności.
- Czego ty tu szukasz? To nie miejsce dla ciebie.. – mówiłam szeptem do siebie.
Nie pasowałam tutaj. Mieszkałam u starszej kobiety, wyglądałam jak potwór i nie miałam ani grosza w portfelu.
- Nie! – powiedziałam trochę głośniej. – Będę walczyć o swoje marzenia!
Wstałam z łóżka i podeszłam do torby, która leżała w kącie pokoju. Wyciągnęłam z niej czarne leginsy, które dostałam pod choinkę rok temu i białą przewiewną bluzkę z krótkim rękawkiem. Narzuciłam szybko na nią jeansową katanę i podeszłam do lustra. Wyglądałam lepiej, ale moja twarz wyglądała teraz o wiele gorzej, ponieważ doszły małe czerwone obwódki od płaczu. Wytarłam twarz w bluzę, którą miałam na sobie przed chwilą i nałożyłam na nią matujący krem, który zabrałam z domu dziecka jednej z dziewczyn. Wiem, że źle zrobiłam, ale sama mi kiedyś ukradła coś cenniejszego. Moją pamiątkę z dzieciństwa.. Misia. Tak, śmieszne. Ale cóż, wiedziałam tylko to o niej, że była uzależniona od kremów, więc zabrałam jej takie cudeńko, które w tym momencie sprawdziło się idealnie. Moja twarz wyzbyta czerwonych plamek wyglądała o niebo lepiej. Wyciągnęłam grzebień i rozczesałam kołtuny przy których namęczyłam się niemiłosiernie. Splotłam włosy w warkocz na jeden bok i uśmiechnęłam się do odbicia.
- I tak wyglądasz brzydko. – powiedziałam do siebie.
Szybko chwyciłam moje trzysta dolarów i wybiegłam z pokoju do pani Caroline.
- Gotowa już? – uśmiechnęła się do mnie.
- Tak sądzę. – zaśmiałam się i poczułam, że na mojej twarzy pojawia się rumieniec.
- To idziemy kupić coś dobrego na jutrzejszy obiad. – powiedziała.
- A dzisiaj? – zapytałam i ugryzłam się w język.
- Dzisiaj zjemy u mojej przyjaciółki, która ma urodziny. Poznasz jej rodzinę i przyjaciół. – uśmiechnęła się i otworzyła drzwi.
- Ale… Ale ja nie wiem czy mogę. – powiedziałam i po drodze założyłam buty.
- Nie marudź mi tutaj. – tupnęła pani Caroline laską o ziemie.
- Przepraszam. – zakłopotana spojrzałam w ziemie.
- Nie przepraszaj. Poczekaj, pójdę po Ashtona. – powiedziała i zniknęła za murkiem.
Jak na kobietę o lasce porusza się z niezwykłą szybkością. Zeszłam po schodkach i stanęłam bliżej ulicy, by móc dojrzeć co się dzieje w tej dzielnicy, niestety.. Było pusto. Kilka domów dalej zobaczyłam ruch i ujrzałam grupkę chłopaków jeżdżących na deskorolkach. Chciałam podejść bliżej i zobaczyć jak to jest bawić się tak beztrosko. Nigdy takiego czegoś nie zaznałam, lecz gdy zrobiłam krok do przodu usłyszałam nadjeżdżający samochód z tyłu domu. Obróciłam się i zobaczyłam dużego, czarnego jeepa, którego prowadził Ashton. Nigdzie nie mogłam dojrzeć pani Caroline, ale jak się okazało siedziała z tyłu.
Ashton zajechał mi chamsko drogę i stanął tak, że przednie drzwi znajdowały się naprzeciwko mojej twarzy, po chwili je uchylił.
- Zapraszam. – powiedział ze swoim firmowym uśmiechem.
Niezgrabnie wsiadłam do samochodu i zamknęłam drzwi, jednak jak się okazało, nie zrobiłam tego.
- Idiotko… - wyszeptał tak, bym tylko ja usłyszała. – Mocniej trzaśnij.
Zazgrzytałam zębami i trzasnęłam drzwiami z całej siły, aż samochód się zatrząsnął.
- Brawo! – mruknął mi do ucha, a na uczucie jego oddechu przeszła mnie gęsia skórka. – To gdzie jedziemy, panno Caroline? Tam gdzie zawsze? – zaśmiał się tak, ze po samochodzie rozniósł się głuchy głos jego śmiechu.
- Oczywiście, kochany, chcę pokazać Lea jak cudowny jest Londyn.
- Nie zdążyłaś zobaczyć go jeszcze? To ile Ty tu jesteś? – zwrócił się do mnie, ale to pani Caroline odpowiedziała.
- Przyleciała wczoraj, uciekła z domu dziecka. – powiedziała, a ja obróciłam się do okna w celu ukrycia tego jak bardzo się wstydzę swojej przeszłości, lecz po chwili obróciłam się i spojrzałam na Ashtona, którego twarz mocną zelżała i stała się jakaś dziwna… Hmm, współczująca? Może, tego nie wiem.
- Nie uciekłam, po prostu już mnie wywalili.  – uśmiechnęłam się gorzko.
- Aj, niegrzeczna byłaś? – na nowo Ashton stał się tym samym dupkiem co był.
- Mogę Ci pokazać jak bardzo. – mruknęłam i zacisnęłam mocniej szczękę.
- Wieczorem.. – zaśmiał się.
- Niedoczekanie Twoje, idioto. – powiedziałam głośno i się wzdrygnęłam.
- Jak już obejdziemy rynek to zawieziesz mnie do Sophie, bo ma dzisiaj urodziny. – powiedziała pani Caroline zmieniając temat.
- Oczywiście. A które to już? 18? – zaśmiał się.
Nie dobrze mi się robiło jak na niego patrzyłam. Chciałam jak najszybciej wysiąść z tego samochodu. Jeden dzień starczył bym mogła nienawidzić tego człowieka bardziej niż całego domu dziecka. Nie słuchałam dalej tego co mówili, skupiłam się na drodze i to co mijamy bym mogła lepiej zapamiętać drogę jeśli kiedykolwiek będę chciała wyruszyć sama na przechadzkę po Londynie.
- Leanno, w poniedziałek pojedziemy do szkoły. – wyrwała mnie zamyśli i sprawiła, że aż się obróciłam w jej stronę.
- Ale po co? Ja muszę pracować, a nie się uczyć. – powiedziałam stanowczo.
- Pracować będziesz po lekcjach i w weekendy. – powiedziała i się uśmiechnęła.
- Ale gdzie? – powiedziałam. – Nie mam żadnej pracy jeszcze…
- Masz. – powiedziała cicho. – Mojej przyjaciółki Sophie córka da Ci pracę. Zamiast mnie. – powiedziała.
- A co z panią? – zaniepokojona nie zwracałam uwagi na to, że Ashton przygląda mi się.
- Ja dostaję rentę i mam po mężu odszkodowanie, i wiele innych składek. O mnie się nie martw. – powiedziała i złapała mnie za rękę.
- A co ja będę musiała robić? – zapytałam i przegryzłam dolną wargę.
Boję się wszystkiego i spodziewam się najgorszego, choć praca jaką wykonuje starsza osoba nie może być straszna.
- W tygodniu będziesz wyprowadzała ich psa i gotowała kolacje, a w weekendy będziesz sprzątała ich dom i gotowała obiady. – powiedziała. – I nie, nie jest to łatwa praca. Będziesz sprzątać dom samej pani Dowell, który jest potężny, a przy okazji poznasz jej córkę, która całymi dniami przesiaduje w domu.
I tak oto dostałam pracę. Będę robiła wszystko to co kocham. Opiekowała się zwierzętami, gotowała obiady i sprzątała. Mimo, że nigdy nie widziałam dużych willi, nie bałam się. Wiedziałam, że gorzej być nie może. Wszystko co najlepsze przede mną. 

Hej! :))
Bam Bam Bam! Nowy rozdział, przepraszam, ze tak późno, ale nie miałam kiedy dodać rozdziału, za dużo się dzieje w szkole i w życiu prywatnym haha.
Podoba się? Mam coś zmienić? Bo nie wiem, fajnie by było jakbyście komentowali :))
Wiem, wiem... Nie ma jeszcze 1d w rozdziale, ale zmieni się to już w następnym rozdziale!
Nie zdziwię Was pewnie tym jak potoczą się losy bohaterów, ale cóż. 
Następny rozdział postaram się dodać za tydzień, ale nie wiem czy się uda!
Dziękuję za miłe komentarze, MUCH LOVE<3